Mieszkania szukaliśmy od pół roku. Obejrzeliśmy ich wcale nie tak wiele. Większość odrzucaliśmy na etapie pogłębionego zwiadu internetowego. Znajomość Warszawy oraz Google Maps pozwalały nam zidentyfikować i zlokalizować dużą część mieszkań z pierwszego typowania wyszukiwarką. A i wymagania mieliśmy ponadprzeciętne:
- ostatnie piętro – żeby nikt nam nie tupał nad głową,
- dobrze skomunikowane z centrum – optymalnie na linii metra, choć rozważaliśmy i inne opcje,
- trzy do czterech pokoi,
- no i z szeroko pojętym “widokiem”.
Do tego dochodziły wymagania wewnętrznie sprzeczne. Krz chciał zamieszkać zdecydowanie bliżej centrum. Son nie mogła odżałować utraty Lasu Kabackiego. Krz rozważał Żoliborz i Powiśle. Son już z góry tęskniła za warszawskim południem. Krz obawiał się karaluchów, szczurów i innego plugastwa. Son zależało na mieszkaniu nie nazbyt nowym. Lokale ocenialiśmy szybko, profesjonalnie i bezwzględnie. Nic dziwnego, że mieszkania padały jak muchy. W ursynowskim M6 urzekły nas widok z okna, dorodna zieleń wokół budynku oraz uchwalony ubiegłej jesieni plan miejscowy gwarantujący, że zachęcające widoki nie zostaną przesłonięte wkrótce ani zachłanną deweloperką ani inicjatywą kościelną.