Do realizacji śmiałego planu wytypowaliśmy trzy ściany: długą scianę w przedpokoju i salonie, ścianę u wezgłowia w sypialni i krótką ściankę w kuchni. Wszystkie zostały odkute. To znaczy skuto z nich tynk. Pozostały ściany saut??.
– No i co dalej? – tępo wpatrywaliśmy się w łysawy beton.
Nie mamił oczu urodą perfekcyjnych betonów z zagranicznych pism wnętrzarskich. Nie ukrywał swojej proweniencji. Był szczery aż do bólu. Tkwiły w nim stare puszki elektryczne, bąble powietrza, na prędce zaszpachlowane usterki i niedoróbki. Ślady minionej młodości. Był mocno poharatany – najwyraźniej skuwający tynk nie do końca rozumiał celu tego zadania. Najgorsze wydawały się jednak miejsca styku prefabrykatów. Cementowe wypełnienie wypadało przy każdej próbie podrapania paznokciem. Betonowy pył unosił się w powietrzu.
– Co dalej? Jak usunąć bruzdy po skuwaniu? Szlifować? Szczotkować? Czy wydłubać stary cement i zastąpić nowym? Jak sprawić, żeby nie brudził? Pomalować? – trapiła się Son.
– Mi się podoba – beztrosko obwieścił Krz.